Jak zawsze z Warszawy wyjeżdżamy z lekkim opóźnieniem i brakiem pewności co do przebiegu podróży. Dosłownie na dzień przed wyjazdem okazało się że zmieniamy marszrutę i po drodze do rejonu Lot przejedziemy przez Wrocław. Mamy tam przechwycić Maćka.
Włączamy dwie nawigacje i nastawiamy punkt docelowy. Każda wskazuje nieco inną drogę i dystans.
Ale co nas to obchodzi... Nie takie rzeczy na wyprawach się wyczyniało.
Pomni poprzednich doświadczeń zawczasu przygotowaliśmy sobie na drogę zestaw mp3 i kabelek do "gazikowego" kaseciaka. Każdy wziął co miał najlepszego. Ja troszkę oldschoolowych wynalazków z lat osiemdziesiątych i wysokoenergetyczne piosenki, których słucham skacząc na skakance. Kris ciężkie brzmienia i Stinga. Rysio chciał nas raczyć muzyką klasyczną ale nikt nie potraktował tego poważnie. Maciek z racji wieku hip-hop.
Plan mieliśmy ambitny. Jedziemy ciurkiem. Blisko 2300 kilometrów w jedną stronę non stop. Zmieniamy się za kierownicą.
Lubię długie dystanse ale ten miał specyficzny urok. Po wyskoczeniu z Polski opadły emocje. Koniec walki na śmierć i życie. Koniec wyprzedzania stad dzikich tirów. Wjeżdżamy do Niemiec.
W przypadku gazika zasadniczo nie zmieniła się prędkość podróżna, tyle tylko że mniej nerwów za kierownicą.
Noc, muzyka, chrapanie i rozmyślanie. Jest wspaniale...
Nurkowanie jaskiniowe w moim przypadku zaczyna się tuż po przekroczeniu progu domu.
Po pożegnaniu...
Ostatnie całusy, przestrogi, grożenie palcem i sakramentalne: jak Ci się coś stanie to Cie zabije!
Sprawdzam w kieszeni czy są wszystkie amulety. Są. Czerwona wstążka i obrączka. Nic mi nie grozi...
Świt na autostradzie zawsze kojarzy mi się z włóczęgami po obcych krajach lub z porannym powrotem z imprez. Tak czy siak dobrze...
Pierwszy brzask, potem czerwone obłoki. Jedziemy na zachód - słońce mamy w plecy - nie oślepia.
Pojawia się cień.
Kolejny dzień życia na wysokich obrotach.
Ten rok to dla mnie miesiące szybkiego tętna, zadyszki, zasłaniania oczu przed blaskiem życia.
Życie, które zaskakuje mnie co chwile...
Myślę o bliskich i przysięgam sobie w duszy...
Nie bójcie się. Nie bójcie się pamiętam o Was...
Nie pozwolę zrobić sobie krzywdy...
To mnie uspokaja.
Zaczynam się odprężać i patrzeć przez okno na zmieniający krajobraz.
Ścigamy się z własnym cieniem. Lubię tę zabawę.
Zawsze stawiam na słabszego czyli na samochód. To taka moja słabość do naiwnych outsiderów.
Trzymam kciuki za tych co porywają się z motyką na słońce. Dopinguje ich a po nieuchronnej porażce pocieszam: zrobiłeś wszystko co mogłeś, odwagi, życie jest w Twoich rękach! Głowa do góry! To wszystko się liczy!
Zawsze bliżej mi było do tych co płyną pod prąd niż do mainstream'owych oportunistów.
Wiara to najpiękniejszy z darów. Czasem prowadzi nas na manowce. Ale za to jak cudownie tam zabłądzić z sercem i głową pełnymi marzeń...
Postpunkowa melancholia?
Wyjeżdżamy z Niemiec i wpadamy do Francji. Wkrótce dojeżdżamy w okolice Verdun. W duszy gra mi piosenka "Where have all the flovers gone".
W polskiej wersji Sława Przybylska - "Gdzie są kwiaty z tamtych lat" (tutaj link do tej piosenki).
Kawałek ziemi pełen historii - pierwszej wojny światowej.
Każdy metr pola okupiony setkami zabitych. Chłopaki zamiast cieszyć się głupotą młodości umierali w błocie...
A dzisiaj... Przejeżdżamy z kraju do kraju nawet tego nie zauważając.
Wole taką Europe...

Kto może to śpi. Kto nie śpi ten rozmawia albo myśli.
Mamy mnóstwo czasu. A każdy z nas swoje powody dla, których wyrusza z domu.
Kilometr za kilometrem, piosenka za piosenką. Słońce już w twarz więc jedziemy w dobrym kierunku.
Na miejsce docieramy po ciemku. Reszta wycieczki - Monika z Kingą i Majkim oraz Cardash z Sardyną mają dojechać na miejsce jutro. Dwoma samochodami. Jesteśmy pierwsi więc to my zakładamy bazę. Stajemy na polnej dróżce koło jaskini. Ciężko powiedzieć gdzie tu rozstawić namioty. W końcu decydujemy się rozbić na polance pokrytej paprociami. Idziemy spać.

Zaimprowizowane pole namiotowe w chwastach
Następnego dnia rano zjawiają się wszyscy. Wstajemy jemy śniadanie i idziemy obejrzeć pierwsze z naszych miejsc nurkowych.
Fontaine de St. Georges

Jeziorko wejściowe. Nad nim urwisko.

Majki w swoim żywiole. Ćwiczenia i opisywanie planu nurkowania.

Szef kuchni poleca a Szefowa rekomenduje.
Jeziorko wywierzyska ma średnicę może dwudziestu kilku metrów. Z jednej strony teren zamyka pionowa ściana urwiska. A ujście wody ze stawu to płytki strumyk. Nad nim mostek. Całkiem tu malowniczo. Pełno zwiedzających i zaskakująco dużo nurkujących. Jestem przyzwyczajony do Polskich klimatów czyli żywego ducha przy jaskiniowym spocie. A tutaj proszę, kupa zapaleńców. Kolejne spostrzeżenie - sporo z nich to ludzie z odkurzaczami na plecach czyli z rebreatherami. Tak miało być już do końca wyjazdu.

Ogólny rozgardiasz przy wodzie.

Monika dzielnie stara się zapanować nad bałaganem i zarządza nabijaniem butli.
Pierwszy dzień to dokończenie kursu dla części z nas.
Woda niestety troszkę mętna. Widoczność w granicach 4 do 7 metrów. Jak na Polskie jezioro to bomba, ale tutaj... No spodziewałem się kryształu.

Ostatnie przygotowania przed nurkowaniem i pora startować.
Nie ma co narzekać tylko bierzemy się za zabawę. Majki z Cardashem i Sardyną robią jakieś wygibasy pod wodą a ja w tym czasie krążę obok nich. Zapuszczam się tu i ówdzie i oglądam jaskinie. Fajna. Kurcze fajna. Pierwszy odcinek do około 30 metrów głębokości to ukośna szczelina. Szerokości kilku i wysokości 1,5 do 2 metrów. Pierwsza restrykcja to właśnie przewężenie na tej trzydziestce. Potem jaskinia wypłyca się do głębokości ok. 20 metrów.
Nawet sporo ryb. Wypatrzyłem coś w rodzaju węgorza. Długości może 50 cm. Śledzę go przez chwilę ale chowa mi się za kamienie i tyle.
Tak mija mi pierwsze zanurzenie. Wychodzę na powierzchnie i tutaj niespodzianka. Bezpańskie skutery Majkiego i Rysia. Ja biorę mniejszy, ten od SCANTEK'a. Znowu pod wodę. Pokręciłem się bez wysiłku i wyłażę na powierzchnie.

Kinga jak zawsze jest wszędzie i cały czas. Niezastąpiona pomoc. Pasmanteria życia - szpulki poręczówki.
Robimy przerwę, jemy obiad i do wody. Tym razem płynę z Sardyną. Plan mamy taki, żeby dotrzeć za restrykcje i tam się porozglądać. Wszystko szło dobrze aż do przewężenia na 30 metrach. Przepłynęliśmy je i zaczynamy wypłycanie zgodnie z profilem jaskini. Tutaj zapaliła mi się czerwona lampka. Przypomniałem sobie moje ostatnie wyczyny z narkozą na Hańczy. Wolę nie sprawdzać w którym momencie mnie dopadnie. Nie w jaskini. Zaczyna mi się robić na zmianę błogo i nerwowo. Daję znak Sardynie i wracamy przez zwężenie do pierwszej części tunelu. Od razu lepiej. Głowa przestaje płatać figle i mogę znowu cieszyć się widokami.
Kończymy nurkowanie i wyłazimy na stały ląd.

Scenki rodzajowe: po nurkowaniu rozglądamy się: co by tutaj zaiwanić z brzegu?

No i zabrali mi skuter... co za ludzie źli...

Kinga wchodzi do wody. Wszyscy starają się jak mogą pomagać.
W końcu to jedyna nurkująca dziewczyna w teamie!
Plany na dalszą część dnia są takie. Majki z częścią grupy robi swoje w jaskini. Ja mam zawieźć Rysia i Krisa do oddalonej o około 2 kilometry jaskini Source de la Finou. Drogę dojazdową sprawdziliśmy najpierw pieszo. Bardzo malowniczo ale jak tam dojechać w sensowny sposób autem? Dróżki kręte i strome. Planowane z myślą o osiołkach a nie o samochodach. Jakoś dajemy radę. Kris uwiesza się na relingach i balansuje autem nad urwiskami a Rysio robi zdjęcia i planuje kolacje. Jedziemy.

Dwójka ze sternikiem.
Gdyby nie Krzysiek i idący przodem Rysio to gazik fikał by koziołki na serpentynach raz za razem.
Docieramy do łąki przy jeziorku. Sprzęt na plecy i z kapcia. Ja zostawiam desant i wracam do głównej bazy. Mam ich odebrać za 2 godziny.

Zrzucanie stonki rozpoczęte.

Stonka weszła w pole.

Stonka ląduje i szykuje się do ataku.
Wracam do obozu. Coś tam zjadam i z powrotem po chłopaków. Zrobiło się ciemno i przez pola wjechałem diabli wiedzą gdzie. W jakieś straszne krzaczory. Ciemno choć oko wykol. Na szczęście Kris z Rysiem widzieli mnie z daleka i włączyli latarki. Wypatrzyłem ich i dawaj nawigować na tę zaimprowizowaną latarnie. Jakoś się udało. Dojechałem. Niestety okazało się, że dopłynęli tylko do głębokości trzydziestu paru metrów. Dalej korytarz był tak zasypany, że nie dało się wbić. Ponacierali, pokombinowali i musieli się wycofać. Szkoda... Innym razem może się uda...
Na pierwszy dzień nurkowania wystarczy. Zaczyna siąpić deszcz, który nie opuszcza nas przez następne 3 dni. Zbieramy majdany i ruszamy w nowe miejsce. Po ciemku docieramy nad wywierzysko Gouffre de Cabouy. Rozbijamy obóz i idziemy spać.
Niestety ponowny zawód. Prąd jest tak silny, że nie ma mowy o wpłynięciu do środka. Kilka dni opadów zrobiło swoje. Może do rana troszkę osłabnie i można będzie zaatakować?
Na dokładkę gazik oszalał i nie daje znaków życia.
Rano widok nie poprawia nam humorów. Nawet jeszcze bardziej widać jak woda się kotłuje. Jedyna pociecha to, że Maciek zdiagnozował przypuszczalną usterkę w gaziku. Obluzowana klema. Naprawi i powinno być dobrze. Ja byłem pełen złych przeczuć. Już widziałem jak jadę na lawecie nad urwiskami.

Krajobrazy południowego zachodu Francji.
Ale my szukamy czegoś innego. To co nas interesuje okazuje się nie dostępne...

Majki każdą wolną chwile wykorzystuje na szkolenie.

Cały rejon pełen jest malowniczych miejsc. Rocamadour widziane z platformy widokowej. Kicz... :-)

Wiejskie pejzaże. Stare omszałe domy i kręte żwirowe dróżki...
Dojeżdżamy do Fontaine du Truffe.

Ogólny plan jeziorka wejściowego.

Techszisza - zbudowana na bazie stage'a, butelki mazowszanki i silvertape'a.
Godna odnotowania inicjatywa technologiczna...

Przez większą część czasu towarzyszy nam dźwięk pracującej sprężarki.
Po paru dniach przestałem zwracać na to uwagę. Zdarzało mi się spać w czasie kiedy hałasowała.
Wywierzysko to ponownie małe jeziorko. Tym razem o średnicy rzędu kilkunastu metrów. Płyciutkie, w granicach 5-7. Widoczność prawie zerowa. Hmmm, cie pietruszka znowu jeziorowe klimaty...
Szykujemy sprzęt. Dzisiaj to my: Kris, Maciek i Ja mamy formalnie dokończyć kurs.

Majki z Rysiem doglądają stadka.

Wódz a za wodzem wierni. Jestem pełen jak zawsze zapału i strachu...

Zawsze kiedy jest tylko możliwość, towarzyszy nam sprzęt foto.
Przygoda zaczyna się tuż pod powierzchnią. Prawie całkowity brak widoczności. Majki płynie przodem, ja staram się trzymać jego płetwy. Na macanego suniemy po dnie. Nagle troszkę się przejaśnia. Jesteśmy u wejścia do jaskini.
Otwór to pozioma szczelina szerokości może 2 metrów i wysokości około pół metra. Nie jest źle. Wsadzam do środka głowę. Tutaj woda już czyściutka; basenówka :-). Zaraz za pierwszym zaciskiem korytarz opada pionowo o jakieś 1,8 metra. Tu trafiam na kolejny zacisk. No z tym to już gorzej. Szerokość otworu to jakieś 1,5 metra a wysokość w najwyższym punkcie to może 50 centymetrów.
Nic, Majki przeszedł to i ja powinienem. Układam kołowrotki, kanister lampy, i wszystko co się da pod pachami i daje strzałką, pionowo na główkę do dziury. Prawie się udało z tym, że nie przeszedłem. Ciekawe... Cofam się na ile to możliwe w tym ciasnym odcinku korytarza. Oceniam jeszcze raz sytuacje. Nacieram. Znowu nic. Wnerwiłem się. Nie chce mnie puścić po dobroci to wlezę na chama. Zapieram się nogami o sufit korytarza, łapie co tam wymacam rekami pod stropem. Szuru buru, kilka chwil szarpaniny i jak korek od wina wyskakuje w środku jaskini. Tam jest już Majki. Ok.? Ok.! Odwracam się i czekamy aż wszyscy się wtarabanią. Widzę, że nie tylko ja miałem problem w tej restrykcji.
Scenariusz jest taki, że my we trzech jako zespół realizujemy plan nurkowy a Majki krąży dookoła nas jak "licho" i powoduje wszelkie możliwe awarie.
Już po chwili nie mam światła. Przechodzę na backup. Sygnalizuje zespołowi, że wszystko ok. W tym czasie zaczyna się lawina wypadków. Już nawet nie pamiętam chronologii zdarzeń. Wszyscy po kolei tracimy gazy, maski, światła. Widok człowieka bez maski, sygnalizującego brak gazu w słabej poświacie czyjegoś backupu... Utkwi mi to w pamięci na zawsze. Dodatkowo pojawiają się zupełnie niesamowite awarie. Na przykład ja mam brak powietrza. Podpływam do Maćka. On podaje mi swój automat... I... Jezu on również nie ma gazu... Chwila konsternacji... Zdarzyło się coś co może się wydawać niewiarygodne. Podczas tego ćwiczenia ZAKRĘCIŁ SIĘ ZAWÓR O SUFIT!!!! I to nie była symulacja. Szybkie odkręcenie i można oddychać. Zresztą zakręcanie się zaworów w sufit w restrykcjach okazało się normalką.
Jestem tak zestresowany, że już nawet przestałem się bać...
Ćwiczenia, które w otwartych wodach wywołują lekki przypływ adrenaliny w warunkach realnej jaskini potrafią dać emocjonalnie w kość. Do tego świadomość tego nieszczęsnego zacisku przy samym wyjściu... Spociłem się... Płyniemy dalej. I Młyn zaczyna się od nowa. Wszystko po kolei pada. Tracimy widoczność. Powrót przy poręczówce w ślepej masce. Na macanego przez zacisk. Tym razem się nie obcyndalam. Pamiętałem mniej więcej topografie wejścia. Na chama, na siłę przeskakuje przez wąskie gardło.
Wychodzimy na brzeg. Majki nie przebiera w słowach i tłumaczy potknięcia. Ja mam nos na kwintę. Nie było tak jak bym chciał. I to nie jest kwestia niezadowolenia. To kwestia świadomości, że parę spraw wymaga solidnego doszlifowania...
Następne nurkowanie to już dalsza penetracja jaskini. Planujemy dopłynięcie za pierwszy syfon. Ja jako najwolniejszy w zespole płynę przodem i nadaje tępo. Trzeba powiedzieć, że pływam strasznie wolno. Nie uważny obserwator mógł by powiedzieć, że zasadniczo stoję w miejscu. Ale jak się przyjrzeć to jednak widać że się przesuwam. Płyniemy tak i płyniemy. Po 30 minutach dochodzę do wniosku, że chyba pora wracać. Nie dotarliśmy za syfon. Potem Majki powiedział, że jednak dotarliśmy. Stan wody był tak wysoki że był zalany prawie po strop. Przepłynąłem przez jego koniec nawet o tym nie wiedząc.
Wracamy i robimy ćwiczenie z odnajdywaniem zagubionego nurka. Zagubieńcem jest Majki.
Zasłaniamy światła, rozglądamy się za łuną. Nic nie widać.
Obliczamy ile mamy gazów na poszukiwania. Zapisujemy na tabliczce. Stawiam marker na głównej poręczówce. Przywiązuje swój kołowrotek i zaczynamy poszukiwania. Wreszcie jest. Znaleźliśmy zgubę.
Zgodnie z zaleceniami szkoły amerykańskiej "primum non no ceres". Nie szkodzić a zwłaszcza sobie.
Pytam czy wszystko jest ok.? I ile ma gazów? Majki nie odpowiada. Gdybym miał patyk to bym go nim kujnął. Gołą ręką go nie dotknę. No za Chiny Ludowe! Nadal próbuję nawiązać z nim kontakt. Ale przezornie pozostaję w pewnym oddaleniu, poza zasięgiem Jego rąk. No co? Tak mnie szkolono!
Wreszcie odpowiada. Daje znak że nie ma ochoty płynąć we wskazanym przez nas kierunku. No świetnie chłopie. Z tym, że tam gdzie ty nam pokazujesz że chcesz płynąć to my nie idziemy. Tam jest sufit i tyle. Albo, albo... Gra nerwów. Ja mu pokazuję, że tam gdzie my płyniemy to jest powietrze, pulpety z Pudliszek, francuskie wina w dobrej cenie i fajna pompka, którą Rysio dmucha materac (ta pompka to oddzielna historia). To go przekonało. Ja nadal ostrożnie pokazuję mu coś ciekawego na dnie i wykorzystując chwilę nie uwagi zapływam go od tyłu i popycham w ramiona Krisa i Maćka. Trzymają go delikatnie i prowadzą do wyjścia. Ja płynę za nimi i zwijam poręczówkę na kołowrotek. Dopływamy do stałego oporęczowania.
Zaczynami ćwiczenia z wycinania z poręczówki. Majki szkolił nas przedtem zgodnie ze standardami szkoły francuskiej. Wycinanie z zachowaniem ciągłości. W uproszczeniu, chodzi o to, że wycinamy się tak by linka w którą się zaplątaliśmy ani na chwilę nie przestała być w pełni wartościową poręczówką.
Szkoła amerykańska nad francuską finezję przedkłada jankeski pragmatyzm. Działaj w myśl zasady ratuj się kto może. Ten co się zaplącze sygnalizuje fakt pozostałym członkom zespołu. Przepuszcza ich w stronę wyjścia i na koniec rach ciach, sekatorem wycina się ze sznurka. Jeśli potem uda mu się naprawić to co popsuł to super, a jak nie... To ci co zostali z tyłu w jaskini mogą mieć niezłą surprise... No cóż... Nikt nie mówił, że będzie fair...
Udało się. Po zakończeniu tych ćwiczeń płyniemy dalej. Znowu zaczyna się lawina nieszczęść. Tracę światło, tracę gaz, tracę maskę. Płynę z krisem na jego gazach. Tracę drugą - zapasową maskę. Aha... Aluziu paniał... Wracamy przy poręczówce bez widoczności i na jednych gazach. Zasadniczo nie jest źle. Tylko te zaciski na końcu. Okazuje się, że 2 metrowe węże do podstawowego automatu to całkiem sensowne rozwiązanie. Przejść przez zaciski da się tylko w układzie tandem. Obok siebie z partnerem za diabła nie da się tego zrobić. Wreszcie jest, powierzchnia... Tym razem strach był mniejszy ale nadal to nie była dla mnie bułka z masłem.. 70 minut w jaskini i w treningowym stresie...
Wychodzimy, omówienie. Majki już w lepszym nastroju. Chwali więcej i tylko troszkę psioczy...
Część kursowa formalnie zakończona.
Trzecie nurkowanie tego dnia to już dalsza penetracja. Ja jednak towarzysze zespołowi tylko na pierwszym odcinku. Robię troszkę zdjęć i rozstaje się ze wszystkimi. Wracam... Dopływam do zacisku. Przepycham przodem aparat fotograficzny. Próbuję na pewniaka prześlizgnąć się. Raz, drugi, trzeci... I nic...
Przytyłem w tej jaskini czy jak?
No nic. Na szczęcie na dnie zacisku jest sporo żwiru. Wykopałem sobie w nim rynienkę łapkami. I przez tę rynienkę wysmyrknęłem się do góry. Trzeba czasami improwizować.

Wejście do jaskini widziane przy dobrej nie zmąconej wodzie. Za chwilę pojawi się bełt i wpływamy na ślepo.

Odcinek między pierwszym a drugim zaciskiem wejściowy. Tutaj woda już klarowna.

To co lubię. Bajkowe zamknięte przestrzenie.
Wszystko wygląda jak scenografia z filmu "Obcy" autorstwa Gigera.
Skał robi wrażenie "organicznego", żywego tworu.
Tak jak byśmy odbywali Jonaszową podróż przez przełyk gigantycznego wieloryba...

Może i Jonasze... Ale całkiem współcześni ze skuterami...

Pamiętaj jak wyprzedzasz to zawsze prawą stroną i sygnalizuj manewr... :-)

Trzewia ziemi. Połyka nas przygoda. Światła w oddali...

Dół, góra, lewo prawo... Kiszki góry nie idą prosto...
Czemu ta woda przez miliony lat tak sobie utrudniała życie?

Miejscowe przewężenia tylko dodają uroku. Zmiana rytmu przestrzeni cieszy oczy...

Komory z rozstajami dróg uczą ciągłej koncentracji.

Pierwszy z zacisków na odcinku wejściowym. Tym razem widziany od strony jaskini.
Właśnie w tym żwirku na dnie musiałem wygrzebać sobie rynienkę żeby się wydostać :-)
Ta jaskinia cały czas "żyje". Nanosi i odkłada osady. Między innymi w tym miejscu.
Bywają okresy kiedy udaje się je pokonać tylko w konfiguracji side mount (butle pod pachami).

Moment "wbijania" w zacisk przypomina scenę z kreskówki.
Coś dużego próbuje zmieścić się do czegoś za małego... :-)

Fragment między zaciskami to również nie jest miejsce dla kogoś kto lubi swobodnie się wyciągnąć...

Dziewczyny i maszyny. Deszcz nie deszcz, sprężarka chodzi prawie na okrągło...
Klarowanie sprzętu i jedziemy do kolejnej jaskini.
Ruszamy na spotkanie Emergence du Ressel.
Po drodze zahaczamy o kemping. Cywilizacja. Prąd do ładowania akumulatorów. Woda do mycia i prawdziwe toalety! Wersal chciało by się powiedzieć :-)

Wersal, Belweder, Łazienki Królewskie...
Wreszcie można się umyć, naładować akumulatory i na spokojnie przygotować sprzęt do dalszej zabawy.
Ressel wita nas poprawą pogody. Słońce przebija się przez chmury. Malownicza rzeka. Z jednej strony strome skaliste brzegi doliny. A na przeciwnym łagodnie wznoszące się łąki. Zakończone tylko na górnym odcinku piaskową granią. Sporo ludzi na miejscu.

Droga wciśnięta miedzy rzekę a urwisko. Samochody parkuje się na krawędzi nasypu, na poboczu.

Monika skrupulatnie pilnuję resursu sprężarki. Wszystko notuje, nic na pamięć...

Przygotowania do długiego i głębokiego nurkowania. Tak, takie to nurkowanie było...

Jak zwykle. Transport klamotów, góra - dół. Co my się nachodzimy to nasze.

Pogodowy przekładaniec. Raz słońce a za chwilę deszcz.

Wejście do rzeki. Z tego miejsca trzeba przepłynąć około 100 metrów w górę pod prąd.
Monika i Kinga kolejny raz dzielnie supportują.

Majki, Ryś i Kris na chwile przed rozpoczęciem nurka.

Ostatni check'in i rozpoczyna się kilkugodzinne nurkowanie.
Ta jaskinia jest o tyle specyficzna, że wejście do niej jest na dnie rzeki. W rzece woda taka jak w Wiśle. Burozielona. Nurt dosyć wartki. A co gorsza do wejścia trzeba dopłynąć spory kawałek pod prąd. Jestem jej strasznie ciekaw.

Kinga, Kris, Majki i ja. Ruszamy w drugiej turze.
Płynę w zespole z Kingą, Majkim i Krisem. Majki holuje na skuterze Kingę, a ja się uczepiam Krisa i jego skutera.
Fajnie... Nurkowanie na leniucha.
Płyniemy przy dnie. Zasadniczo to właściwie nie wiele widać poza poręczówką. Nagle... Pod nami otwiera się wejście do groty. Woda staje się bardzo przejrzysta. Nie kryształ ale zdecydowanie dobra widoczność na poziomie nastu metrów minimum. Bardzo silny prąd na wejściu. Czepiamy się rękami skał mimo, że jestem ciągnięty za skuterem. Inaczej się nie da. W miarę oddalania od wejścia jaskinia robi się większa i większa. Momentami ma przekrój w granicach 10 na 20 metrów lekko licząc. Ciężko oświetlić przeciwległe ściany. Strasznie mi się tutaj podoba. Można powiedzieć otwarta przestrzeń mimo, że to jednak jaskinia. Piękna... Pełno zakamarków. Świetna zabawa. Cały czas oglądam wszystko z rozdziawioną buzią. A do tego minimalny wysiłek. Całą brudną robotę odwala skuter. Wracamy.
Robi się późno wiec jedziemy na kemping.
Wreszcie po paru dniach mogę się wykąpać w ciepłej wodzie... Malina.
Na kolacje to co zwykle. Pulpety z Pudliszek. Spać...
Śniadanie. Dla odmiany - tak zgadliście pulpety! - podane dwa razy. Pierwsze wywalił Kris w ostatniej fazie gotowania. Trudna lekcja cierpliwości i manier :-)

Ressel to kapryśna jaskinia - potrafi zatrzymać na zawsze tych którzy ulegną jej czarowi.
Tutaj na zdjęciu bukiet kwiatów przyczepiony na brzegu w pobliżu gdzie na dnie jest otwór wejściowy...
W takich chwilach przychodzą do głowy refleksje nie dające spać po nocach...
Kwiaty - świadectwo pamięci kogoś o kimś?...
O kimś kto tak kochał życie, że w poszukiwaniach jego intensywnych chwil zapodział się w ostateczności...
Daje do myślenia...

Czy możliwe jest przekazanie emocji towarzyszących nurkowaniu w jaskini?
Czy Ci co czekają zrozumieją tych, którzy mają wrócić?
Chyba istnieje trudna do przekroczenia bariera. Im silniejsza więź tym bardziej nieprzenikalna tęsknota...
Jedziemy nad brzeg rzeki. Tym razem biorę od razu ze sobą aparat pod wodę. Pierwsze nurkowanie to sesja fotograficzna z Krisem. Na spokojnie bez pośpiechu. To tu, to tam. Myszkujemy i robimy zdjęcia. Majki i Kris wielkie dzięki, że mimo zmęczenia po długim dekompresyjnym nurkowaniu chciało się wam włazić ze mną do wody :-)

Poza standardowymi przygotowaniami mam na głowie dopieszczanie sprzętu fotograficznego.
Potem jeszcze tylko wtarabanić się z tym wszystkim do wody.

Kris, za nim w tle widoczny otwór wejściowy do Ressel.

Jaskinia ma miejscami w przekroju paręnaście na dwadzieścia parę metrów.
Ogrom robi na mnie wrażenie.

Restrykcje to po prostu zmniejszenia prześwitu. Nadal jak na jaskinie obszerne.

Półki skalne o długości wielu metrów. Gdzie nie spojrzeć coś przyciąga wzrok.

Potrzaskane bloki skał. Połupane i rozsypane jak klocki.

Czuję się pewnie pilnowany przez Krisa i Majkiego na scantekowy'm skuterze.
W przekonaniu Krisa Oceanpro zasługuje na dyskretny product placement :-)

Skala obiektu jest trudna do ukazania na zdjęciach.
Mimo dobrej widoczności czasami ciężko zobaczyć strop lub przeciwległe ściany.

Buszowanie w zakamarkach.

Majki - znikający punkt. Brzęczy dookoła.

Kris, Majki, świecący "potwór morski" (lampa Seamonster) i jeden z wołów roboczy tej wyprawy - skuter.
Wychodzimy na stały ląd. Mamy sporą przerwę powierzchniową.
Rozkładam się na karimacie przy drodze.
Na wznak bo tak lubię.
Patrzę na niebo.
Cisza...
Mam czas na rozmyślania. Wreszcie po kilku dniach ostrej galopady.
Cieszę się, że tutaj jestem.
Smutno mi, że nigdy nie będę umiał opowiedzieć o tym wszystkim.
Nawet nie zdołam zapamiętać większości słodkich drobiazgów.
Smutno mi że Ci, którzy są dla mnie najważniejszymi słuchaczami moich opowieści, nie zdołają zrozumieć co się widzi, słyszy i czuje w jaskini.
Jaki smak ma tam woda.
Jak twarde są skały, dotykane przez rękawice.
Jaki kolor ma światło wpadające przez wąską szczelinę otworu wejściowego.
Migotanie... tak odpowiadam na pytanie co mnie tam pcha.
Ktoś bardzo ważny dla mnie zapytał: czy tam w jaskiniach widać gwiazdy nawet w dzień?
Tak widać je...
Widać iskry. Słychać szepty.
Tam, każde z wymówionych bliskich imion ma moc przywoływania cudów.
Tam, jeśli się tylko chce i wierzy można zobaczyć wszystko.
Ja w absolutnej ciemności widziałem Snop Światła. Nieskończenie biały i jasny... Nierealnie jasny...
Zbliżyłem się do niego. A potem oddaliłem. Wracając spojrzałem za siebie lecz już Go tam nie było.
Niektóre rzeczy zdarzają się tylko raz w życiu...
Ale właśnie dlatego warto szukać ich uparcie. Żeby nie przegapić...
Moja odpowiedz na pytanie po co? Jest właśnie taka. Po to żeby móc powiedzieć: starałem się, próbowałem, byłem radosnym głupcem i śmiałem się do świata. Robiłem dzikie rzeczy pod gołym niebem...
Żyłem jak chciałem i nikt mi tego nie odbierze... Może to wszystko co mogę mieć?
W kraju miłości i romansów, w pierwszych dniach słonecznego maja. Jeśli nie tam i nie wtedy to gdzie i kiedy możliwe jest spotkanie z chwilami szczęścia?
Powraca refren piosenki "Where have All The Flovers Gone": kto wie czy było tak?

Co widziałem w ciemnościach? Czy widziałem to naprawdę?
Może jednak nie wszystko zdarza się tylko raz?
Koniec nirwany. Chłopaki wyszli z wody. Z daleka słychać nawoływania Maćka :-) Nawet pracująca sprężarka ma problemy z zagłuszaniem Jego wesołych pokrzykiwań. A w leniwej ciszy ciepłego popołudnia głos odbija się wzmacniany od ścian doliny. Płoszy wszelkie oniryczne nastroje...
Tego dnia nurkujemy jeszcze raz. Tym razem w teamie Kinga, Majki, Kris, Sardyna i ja.
Wchodzimy o zmierzchu. Czyli robimy nocne jaskiniowe.
Kolejny raz.
Dzień, noc, pora niczyja...
Ressel uwodzi mnie coraz bardziej.

Sesja fotograficzna specjalnie dla team sponsora firmy scantek :-)
Naprawdę jest za co dziękować! Bez sprzętu od Niego było by dużo ciemniej i ciężej - zwłaszcza pod wodą :)

Nasza nabijalnia. Pierwszy raz w życiu widziałem tak sprawnie działającą "bazę".
Właściciel zjadł zęby na tutejszych jaskiniach. Dzięki niemu mamy namiary na kolejne miejscówki.
Nie mówi po angielski ni w ząb, ale kompletnie nie przeszkadza to w nawiązaniu serdecznego kontaktu.
Do tego ceny za świetny serwis nie spotykane nigdzie indziej. Tanio i rewelacyjnie :-)
W powietrzu unosi się duch jakiegoś rodzaju wspólnoty w pasji do jaskiniowych nurkowań...
Coś czego się nie kupi..
Wracamy na kemping. Znowu półgodzinna kąpiel pod ciepłym prysznicem.
Pulpety, wino, spać...
Pobudka jak zwykle za wcześnie. Radosne nawoływania Rysia nie dają nam jednak szans.
Jedziemy do Source de Landenouse.

Studnia wejściowa. Łatwo ją przegapić gdyby nie stojące w pobliżu samochody i rozłożony na poboczu sprzęt.
Wejście do jaskini to tym razem spora studnia. Bardzo charakterystyczna. Znana mi z ikonografii. Problem logistyczny polega na doniesieniu do niej sprzętu. Odcinek od samochodów niby nie wielki. Ale sama studnia to obiekt przyklejony do zbocza skały. Jej zewnętrzne ściany to kilkunastometrowe urwiska nad krzakami. Nie chciał bym tam spaść.
Wysoki stan wody jest naszym sprzymierzeńcem. Do jej powierzchni od krawędzi jest około 2 metrów. Skacze się fajnie. Ale z wyłażeniem po drabince nie jest już tak wesoło.
Trochę czasu zajmuje nam transport sprzętu i wkładanie go do wody. Chodzi głownie o stage i skutery.
Majki, nabrał mnie i powiedział, że do dna studni jest 81 metrów. Tak się tym przejąłem, że aparatu fotograficznego, mimo, że miałem go przypiętego do uprzęży nie wypuszczałem z rąk na chwilę. Oczywiście dno studni jest na około 10 metrach.
Tym razem nurkuję w parze z Cardashem. On ze sprzętem filmowym a ja z foto. Niestety widoczność jest słaba. W granicach 2-4 metrów. Z robienia zdjęć i filmu nici. Może głębiej będzie lepiej? Niestety ciągle to samo. Kręcimy się w początkowym odcinku jaskini szukając fajnych planów. W końcu poddajemy się. Widoczność jeszcze troszkę spada. Zawracamy. Cholercia... znowu figa z makiem ze zdjęć...

Cardash i jego sprzęt video w początkowym odcinku jaskini.

Wpływamy coraz głębiej i dalej licząc na poprawę widoczności...

Niestety nic się nie poprawia...
Reszta zespołu zrobiła bardzo konkretne, 3 godzinne nurkowanie na odległość około kilometra od otworu.

Wychodzenie po drabince i linkach do ciężka akrobacja.

Na górze róże na dole nurki :-)

Wyjście to jedno. Trzeba jeszcze wytaszczyć masę sprzętu. To już zadanie dla całego zespołu.

To ja się rozpisuje o krainie romansów a tutaj ludzie... Ech szkoda gadać...
Upadek obyczajów zupełny... Nawet w krzaki im się nie chce chodzić... Degrengolada moralna...
Znowu pakowanie klamotów.
Jedziemy nad Gouffre de Lantouy.
Dojeżdżamy o zmierzchu. Kolejna miejscówka nie wygląda dobrze. Bardzo silny prąd. Może do rana troszkę zelżeje i będziemy mogli zanurkować?
Wieczorny grill, szisza, pulpety i makaron. Rutyna.

Nocne rozmowy. Palenie sziszy. Patrzenie w gwiazdy i jedzenie fasolki ze słoika.
Proza życia... Ale jaka proza! Dla mnie to poezja bezkrytyczna.

Trochę szkoda, że nie udało się tutaj zanurkować. Nie szkoda mi za to żadnej ze spędzonych we Francji chwil.
Z fajnymi ludźmi wszędzie mi dobrze...
Rano pełni nadziei idziemy sprawdzić sytuacje. Niestety. Bardzo duży wypływ wody. Na powierzchni jeziorka wejściowego menisk wypukły. Co się musi dziać w zacisku na dnie... Nie ma szans...

Gouffre de Lantouy zostawiamy sobie na następny raz.
Okolica przypomina mi Bieszczadzkie klimaty.
Przestrzeliny w tablicy z nazwą wywierzyska. Czyżby La Resistance nadal broniło się w tej okolicy i dochodziło do wymiany ognia z Niemieckimi turystami?

Czyściochy, pieszczochy, mięczaki, nurki jaskiniowe... - synonimy (za PWN)...

Codzienny śniadaniowy rytuał.
Normalnie rano jestem w stanie zjeść tylko płatki na mleku a tutaj zjadam wszystko jak leci.
Schudłem na tym wyjeździe... Ciekawe...

Polska odpowiedź na Francuskie wysublimowane poczucie smaku? Tak - po raz koleiny - fasolka i pulpety!

Pakowanie gazika przypomina nie kończącą się grę w tetrisa. Wszystkie warstwy muszą być do siebie idealnie dopasowane. Na koniec układania robi się tak niebezpiecznie, że zawsze zakładam kask.
W każdej chwili samochód może wybuchnąć pod wpływem wewnętrznego ciśnienia maneli.

Koniec wieńczy dzieło. Przed zamknięciem bagażnika trzeba jeszcze wepchać namiot (to ta okrągła torba) i przytrzymać go w czasie kiedy pozostali dociskają drzwi.
Dzisiaj Rysio wyciągnął "krótszą zapałkę" - On poświęci rękę. Niestety zagapił się i stracił zegarek marki "Ruchla", - dostał go na pierwszą komunie. No nic, przed Nim jeszcze sakrament małżeństwa - wiemy co chciał by dostać jako prezent weselny...

Cudom nie ma końca! Rysio zjadł "mentosa" i odrosła mu górna kończyna!
Jak by nigdy nic zaproponował: pokaże Wam coś, co może Wam się w życiu przydać!
I pokazał!
Jak udawać, że się ciężko pracuje - bardzo przydatna umiejętność dla wszystkich aktywnych zawodowo.
Tutaj Rysio udaje, że prostuje szpilkę do namiotu. Prawda, że wygląda przekonująco?
Wygląda tak przekonująco, że spokojnie mógł by zostać pracownikiem miesiąca w dowolnej firmie!
Wysoko zajdzie! Pewnego dnia - wspomnicie moje słowa - będzie naszym prezydentem albo szefową MSZ-u!
Zapada decyzja:
Jedziemy do Trou Madame.
Tutaj to dopiero jest fajna dzicz. Dziwne jak dla mnie rośliny. Kojarzą się z dżunglą tropikalną a nie z klimatem umiarkowanym. Od miejsca zaparkowania samochodów do wejścia do groty jest kilkaset metrów. Ale za to jak malowniczych. Dwukrotnie przekraczamy meandrujący strumień. On ma swój początek w jaskini.
Prowadź nas wodo. Pokaż skałę która cie rodzi...

W takiej dżungli to nie wiadomo co może żyć, a już zabłąkany misjonarz to na bank!
Zaczyna się jak w niskobudżetowym filmie grozy.

Człowiek w kaloszach z podeszwą typu "all terrain" prowadzi karawane.
To są drogie kalosze - umożliwiają podchodzenie pod górkę i schodzenie zygzakiem. Bardzo drogie!
Przeprawy przez strumień są zaporęczowane przez francuską ekipę. Znakomity pomysł. Znacznie ułatwia to pokonywanie mokrych, śliskich odcinków. Z twinem lub skuterem na plecach zaczyna się doceniać tego typu zapobiegliwość. Ponownie sporo nurkujących. Część z nich już rozpoznajemy. Spotykamy się od kilku dni przy kolejnych jaskiniach.

Dwa różne style pokonywania brodu: "na czołga" lub "na rusałkę".
Ja osobiście preferuję inny tak zwane kombo "padłeś powstań" z elementami cza-cza.

Widać że Polański maczał w tym palce - "Dwóch ludzi z bombą".

Ponownie Człowiek w kaloszach - twarz najnowszej kampanii reklamowej "Gumbutu".
Brano pod uwagę Jego lub Brada Pita. Wybrano jego i słusznie!
Poza nonszalancka ale jednak emanuje od niego spokój doświadczonego piechura!
On będzie co najmniej podsekretarzem stanu!

Noszenie, noszenie i jeszcze raz noszenie. Pomijana w relacjach (a nie słusznie) część znurkowań jaskiniowych. Można powiedzieć "ziemi sól" tej zabawy.
Samo wejście do jaskini to w zasadzie kałuża o długości kilku metrów, szerokości może 3 w najszerszym miejscu i głęboka na metr pięćdziesiąt. Do póki woda była nie zmącona to kryształ. Wlazłem w nią jedną nogą nie widząc, że tam jest. Natomiast po kilku osobach które weszły do środka właściwie nie wiele widać. Trzeba na macanego znaleźć dziurę w ścianie i wepchać tam głowę.

Kałuża wejściowa. Woda sięga nieco powyżej pasa. Ale otwór wejściowy jest zalany po strop.

Przygotowania. Trzeba złapać oddech i skoncentrować się na sprawdzeniu sprzętu.

Wszystkie ręce na wagę złota. Kinga pomaga w transporcie.

Rodzinka w komplecie. Ja trzymam w dłoni wodoszczelny aparat typu "Zuch".
Znosi dzielnie wszystko, podziwiam go! Nie wstydzi się nawet paradować przy ludziach z przyczepionym za pomocom gumy z gaci akumulatorem.

Ostatnie oddechy atmosferycznego powietrza. Bubble check. Maciek sprawdza mi zawory.
Skupienie. Glowa w skałe...
Pierwszy odcinek to szeroki, płaski, poziomy korytarz. Wysoki na około metr. Za nim otwierają się szerokie pasaże.
Cholercia fajne...
Wysokie na kilka metrów komory wiją się wężowato. Co kilkadziesiąt metrów zmiana scenerii. Widoczność bardzo dobra.
Tego dnia nurkuję w parze z Maćkiem. Wielkie dzięki za cierpliwość. Nie dość, że płyniemy w moim tempie to jeszcze ciągle gdzieś Go ustawiam do zdjęć. Nie wspomnę o tym, że oczywiście w pewnym momencie padły nam podstawowe światła. I wracaliśmy na backupach. Gdyby nie lampy doświetlające przy aparacie pewnie wiele szczegółów drogi umknęło by mojej uwadze. Po drodze mijamy całą masę nurków. Ruch jak na autostradzie. Powinni tu wprowadzić światła na skrzyżowaniach. Ale co się dziwić. Mekka to mekka...

Po wypłynięciu z pierwszego niskiego odcinka otwierają się "przedpokoje" Trou Madame.

Jak z dwóch backupów zrobić jednego "maina"? Trzymać razem i wytężać wzrok.

Momentami, w ciaśniejszych miejscach troszkę "kurzy się" ze stropu i ścian.

Co kilkadziesiąt metrów krajobraz zmienia się. Porowaty spąg ustępuje miejsca płaskiej podłodze.

Restrykcje sprowadzają się do zwężenia w pionie. W porównaniu z zaciskami z Truffli to zupełny luzik.

Powrót. Kolejne markery na poręczówce informują nas o dystansie do domu.

Strop obniża się. To końcowy odcinek.

W porównaniu z pasażami ciasno. Ale jak dla mnie nadal bardzo obszernie.

Ostatnie metry. Widać wpadające z zewnątrz światło.
Wracamy do samochodów i czekamy na resztę ekipy. Znowu walnęli spore nurkowanie (ponad 3-godzinne nurkowanie na odległość półtora kilometra od otworu).

No znowu to samo! Poganie w lesie! Skaranie Boskie!

Nurkować trzeba, jeść trzeba, planować trzeba.
W drodze powrotnej z klamotami zaskakuje mnie poruszenie wśród wszystkich obecnych.
Z głębi krzaków dochodzi przeraźliwe, głośne, aczkolwiek mało czytelne wołanie. Właściwie przeraźliwy krzyk. Ledwo udaje mi się wychwycić pojedyncze słowa. Coś jak by język angielski z silnym kolonialnym akcentem. Czyżby Bangladesz wypowiedział wojnę Francji? Oto ciemiężone przez lata narody subkontynentu Indyjskiego podniosły głowę? Zjednoczyły siły by pokazać swoją dumę. Zrzucili desant akurat tutaj i teraz? Co za pech... poczułem się jak Franciszek Dolas zaplątany w jakąś paranoidalną drakę. Po chwili osłupiałem jeszcze bardziej. Z krzaków wyskoczył Maciek drący się w niebogłosy: "Mister from Green volkswagen!!!!!".
Chodziło o to, że ktoś (właśnie zielonym volkswagenem) zastawił drogę. Maciek go szukał w ten dziwny sposób... No nic... W końcu jesteśmy w lesie, krzyczeć każdy może...
W tym czasie spotykam Krisa. Jest troszkę zmartwiony. Zaginął jego worek ekspedycyjny. W środku sprzęt za parę ładnych tysięcy złotych. A na dokładkę kilka moich drobiazgów.
Pocieszamy się, że pewnie któraś z ekip (francuskich lub angielskich) zbierając sprzęt wzięła jego manele. Tak się zresztą po kilku dniach okazało.
Przed odjazdem jeszcze raz idziemy przeszukać teren i zostawić kartki z informacją o poszukiwaniu zaginionych rzeczy.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Nie ma to jak wlepki.

Zamiast na około przez strumień poszliśmy na skróty.
Rozumiem dlaczego nikt tędy nie chodzi z twinem na plecach...
Wracamy na noc, na ostatnie nurkowanie do Trufli.
Lubię tę jaskinie mimo jej zacisków na wejściu. Tym razem biorę aparat z nadzieją na kilka zdjęć. Nie zawodzę się...
Rysio dzielnie jest moim aniołem stróżem i modelem... :-)

Na spokojnie ustawiamy plany i światło do zdjęć. Rysio lubi zaciski a ja fotografie "o czymś".
Wreszcie możemy pokombinować w szczelinach.

Coraz bardziej nasiąkam Truffle'ą. Obok Ressel to moja ulubiona jaskinia.

Nocne nurkowanie to mniej ludzi. Większa klarowność wody. Lewitacja.

Gdzie diabeł nie może tam Ryska pośle. Za chwilę utkniemy?

Im ciaśniej tym lepiej.

Dziwaczne pionowe formy. Nie mam pojęcia jak woda je wyrzeźbiła?

Mógł bym pływać po tej grocie godzinami i nie nudzić się ani przez chwilę.

Rysiek prowadzi mnie w swoje zaciskowe rejony.

Obowiązkowe zdjęcia przy "dziurach w serze".

Większe dziury...

Przepływamy przez małe "kominy".

Ostatnie chwile, ostatnie zdjęcia... Wracamy do rzeczywistości...
Do rozgwieżdżonego nieba... Jestem jeszcze w środku czy już na zewnątrz?
Znowu widziałem coś czego nie ma?...
Następnego dnia ruszamy rano. Przed nami 2300 kilometrów do domu. Powrót to nic ciekawego. Owszem malownicze pejzaże. Ale serce mam tak naładowane uniesieniami i tęsknotą, że raczej jest to dla mnie podróż autystyka. Nie wiele do mnie dociera. Z tego błogiego letargu wytrącają mnie tylko telefon od Majkiego, że złapał gumę i jest z tym troszkę zamieszania. Ruszamy z misją ratunkową. Do niego mamy bagatela jakieś 500 kilometrów. Na szczęście sytuacje udało się opanować.

Nic w przyrodzie nie ginie. A już na pewno nie skarpetki. Francuskie sery Rysia.

Kolejne scenki rodzajowe. Operacja "wino". Butelki są wszędzie!
Inna wesoła przygoda to walka z Rysiem, który postanowił wepchać do i tak już wypchanego samochodu, kilkadziesiąt butelek wina.
Optymista...
Co ciekawe, udało się...
Ci co nie dali rady się z nami zabrać niech żałują (zresztą wiem, że żałują) :-)
Na koniec tradycyjne podziękowania. Po pierwsze dla wszystkich z którymi dzieliłem trudy i radości wyprawy. Co złego to nie ja. To na pewno ktoś inny!
Specjalne podziękowania dla rodziców Krisa za zaprowiantowanie nas w wędliny domowej roboty. Historia o tym jak goniłem je samochodem a one uciekały pociągiem to temat na oddzielną opowieść.
Dla firmy SCANTEK za wspieranie nas i dosprzętowienie!
Mateusz Nawrot
Xdiversteam
Więcej zdjęć z wyjazdu tutaj.
Pierwszy z serii filmów z wyprawy:
W wyprawie udział wzięła "Dzika Banda" w składzie:
Monika Winek
Kinga Winek
Majki - Michał Winek
Ryś - Ryszard Deneka
Kris - Krzysiek Biały
Mister from Green Volkswagen - Maciek Minorczyk
Cardash - Piotrek Kardasz
Sardyna - Łukasz Matysiak
no i ja - Mateusz Nawrot :-)
|